stewia suknie ślubne ścianki działowe Apartament Chałupy od wody 800m<br /><br />

Strona główna

Apartament Chałupy od wody 800m

Apartament Chałupy Rozpędowska Oferta noclegi 2 osobowy.
Cena 35 os.

Obiekt:
centrum masażu, centrum odnowy biologicznej, wygodne spanie, leżak, czajnik bezprzewodowy, obiady, do plaży 1100m.

Apartament Rozpędowska - 978499339
Chałupy ul.Ligonia 10

Tematyka:


Polecamy również:

Nie potrzebowa³ dalej mówiæ. Domyœli³a siê ca³ej historii. Jasne teraz by³o, sk¹d znalaz³y siê pieni¹dze na ten dom, sklep i ziemiê. Ale có¿? Nie by³o to ¿adn¹ niespodziank¹. Zdziwi³a siê tylko, ¿e j¹ niczym ta wiadomoœæ nie poruszy³a. W³aœciwie powinna by siê cieszyæ strachem i niepewnoœci¹ Litowki. Nie czu³a jednak niczego, co by choæ za u³amek radoœci mog³o uchodziæ. By³a znu¿ona, to wszystko. Znu¿ona zmêczeniem fizycznym, zwierzêcym, wyprutym z jakichkolwiek uczuæ, chêci, po¿¹dañ. Ostatnio coraz czêœciej wpada³a w taki nastrój. Nie chcia³a go. Ale nie chcia³a wówczas tylko, gdy by³ poza ni¹. W nim nie istnia³o tak lub nie. Czasem, gdy budzi³a siê w œrodku nocy przy boku przygodnego kochanka, ogarnia³o j¹ przera¿enie, tak nagle jasnym siê dla niej stawa³o, i¿ w chwili zdawa³oby siê wykluczaj¹cej samotnoœæ by³a w rzeczywistoœci nie do wyra¿enia samotna. Samotna samotnoœci¹ najokrutniejsz¹, któr¹ ka¿dy cz³owiek musi raz prze¿yæ, choæby to mia³o na niego spaœæ dopiero w godzinie œmierci. „Ale czy¿ istnieje w ¿yciu cz³owieka cokolwiek niezwyk³ego - myœla³a nieraz - co by jednoczeœnie nie zbli¿a³o ku œmierci? Przy pewnym natê¿eniu uczuæ, lub przy zamieraniu ich zbyt bezwzglêdnym, zawsze œmieræ zagl¹da nam w oczy”. Przemknê³o jej przez g³owê szybkie wspomnienie: przed bardzo wielu latami prze¿y³a to odkrycie po raz pierwszy. Nie zd¹¿y³a cofn¹æ siê. Zanim zda³a sobie sprawê z czasu i z miejsca tej chwili, ujrza³a mroczny korytarz, którym bieg³a na dŸwiêk dzwonka, drzwi otwierane, nag³e rozwidnienie siê, a na schodach w pe³nym œwietle padaj¹cym z okna na pó³piêtrze postaæ m³odego legionisty. Jednoczeœnie przypomnia³a sobie, ¿e w kilka tygodni póŸniej mówi³a patrz¹c w oczy Paw³a Siechenia: „Kiedy zobaczy³am ciê wtedy po raz pierwszy, sta³o siê ze mn¹ coœ, czego jeszcze nigdy nie prze¿y³am. Zanim spyta³eœ siê, czy tu mieszkaj¹ pañstwo Podhaliczowie, patrzy³eœ na mnie chwilê, pamiêtasz? To trwa³o bardzo krótko, ale mnie siê wyda³o nieskoñczenie d³ugo. Nie zd¹¿y³am nawet dobrze ci siê przyjrzeæ. Spostrzeg³am tylko, ¿e jesteœ bardzo blady i masz smutne oczy. Tylko tyle. Ale w ci¹gu tej sekundy, zanim us³ysza³am twój g³os, wyda³o mi siê, ¿e umieram. Nie, nie! - zaprzeczy³a szybko widz¹c pytanie w jego spojrzeniu. - To nie by³o bolesne uczucie. Radosne te¿ nie... - doda³a po chwili. - Tego w ogóle nie da siê nazwaæ”. I jeszcze raz tamtego dnia prze¿y³a owo uczucie zamierania, gdy zdaje siê, ¿e dawne ¿ycie uciek³o, a nowe nie zd¹¿y³o jeszcze nadejœæ. By³o to wieczorem, na chwilê przed zaœniêciem. Z krótkiej rozmowy wiele dowiedzia³a siê o nowym lokatorze swoich opiekunów. Przydzielono mu u nich kwaterê. By³ porucznikiem drugiej brygady. Niedawno, podczas walk w Karpatach, zosta³ ciê¿ko ranny, otrzyma³ postrza³ w lewe p³uco. W³aœnie wczoraj opuœci³ szpital, lecz do ca³kowitego wyzdrowienia by³o mu jeszcze daleko, nie wiedzia³ nawet, kiedy bêdzie móg³ wróciæ na front... Gdy le¿a³a w ciemnoœciach z zamkniêtymi oczami, s³ysza³a za œcian¹ kroki porucznika. Nagle ucich³y. I wtedy, ale jakby we œnie i dlatego silniej jeszcze, prze¿y³a uczucie podobne do tego, które j¹ przeniknê³o w po³udnie stoj¹c¹ w otwartych drzwiach. Maj¹c oczy pe³ne tych wspomnieñ, nie czu³a, ¿e od kilku minut Litowka na ni¹ patrzy. Z pocz¹tku, chc¹c sprawdziæ wra¿enie swoich s³ów, rzuci³ na Annê wzrok krótki i podejrzliwy. Ale gdy nie zauwa¿y³ w zarysie jej lekko pochylonej postaci ¿adnej gwa³towniejszej zmiany, uspokoi³ siê. „Uwierzy³a” - przemknê³o mu przez g³owê. Tym lepiej. Jeœli na staroœæ zaczyna³a podobnie g³upieæ, dlaczego nie mia³by dalej mówiæ? Korci³o go, aby podzieliæ siê z Ann¹ swymi obawami w zwi¹zku z osob¹ Nawrockiego. Co znaczy³ jego œmiech? A te pytania tak lekko, niewinnie na pozór, bez ¿adnej zdawa³oby siê ukrytej intencji rzucane? A to „musi pan milczeæ?” Nie, to niemo¿liwe - wyda³o siê Litowce - aby Nawrocki móg³ siê czegokolwiek domyœlaæ. Sk¹d? Jakim sposobem móg³by wpaœæ na trop tych starych, przebrzmia³ych historii? Udawa³, ¿e wie, o tak! to co innego, udawanie i wygrywanie na tym to sta³a policyjna metoda. Zapl¹taæ upatrzon¹ ofiarê w sieæ pytañ, domyœlników, niespodziewanych skojarzeñ, aby póŸniej w odpowiedniej chwili jednym rzutem zacisn¹æ pêtlê. „Ale to nie ze mn¹! - uœmiechn¹³ siê do nieobecnego wroga - ze mn¹ nie pójdzie tak ³atwo. Jeszcze nie zna mnie”. W tej samej jednak chwili zda³ sobie sprawê, ¿e jeœli jest ju¿ mowa o walce pomiêdzy nim a Nawrockim, to przecie¿ pierwsze w niej kroki przynios³y niew¹tpliwy triumf posterunkowemu. To on przez ca³y czas górowa³ spokojem, on umkn¹³ w porê z doœæ œliskiego dla siebie terenu, jemu uda³o siê z kolei uchwyciæ inicjatywê w swoje rêce i najzaczepniejsze wypady przemyciæ pod mask¹ niefrasobliwego i przyjaznego uœmiechu. Wspomniawszy swoje zachowanie, zw³aszcza chwilê, w której tak nieopatrznie pozwoli³ sobie wyskoczyæ ze skóry, Litowka znowu siê zaniepokoi³. Zrozumia³, ¿e dopóki jakimœ umiejêtnym posuniêciem nie zaskoczy z kolei Nawrockiego, dopóty ta pierwsza pora¿ka ze zjadliw¹ natarczywoœci¹ wciskaæ siê bêdzie w ka¿d¹ rozmowê z posterunkowym, w ka¿d¹ myœl o nim. Zawsze bêdzie ju¿ stron¹ skazan¹ na bronienie siê, wymykanie i kluczenie. A czy¿ nie tego chcia³ Nawrocki? Czy nie têdy wiedzie droga do ostatecznego zapl¹tania siê i uwik³ania? Bezsilny gniew chwyci³ Litowkê. Och, gdyby móg³ przychwyciæ tego szczeniaka, gagatka z ³adn¹ buzi¹ i delikatnymi ³apkami, wzi¹æ go w swoje obroty i rozprawiæ siê po swojemu, raz na zawsze. Ba! tylko jak siê do tego zabraæ? W du¿ym mieœcie wiedzia³by, co robiæ. Tam wystarczy³aby nocna godzina, pusta ulica. Ale tu, gdzie wszystkie zdarzenia wyp³ywaj¹ na wierzch jak wzdête trupy wyparte wirami z dna rzeki? Zamyœli³ siê. A mo¿e... taka noc jak dzisiaj, wiatr... mo¿e Anna? Uderzony niespodziewanym pomys³em, spojrza³ na ni¹. Siedzia³a przed lustrem ci¹gle odwrócona plecami, w taki jednak sposób przechyli³a g³owê, i¿ nie ruszaj¹c siê móg³ ze swego miejsca dojrzeæ profil. WyraŸnie rysowa³ siê na tle rozstawionego pod œcian¹ parawanu, tylko œwiat³o lampy padaj¹c z boku poszerza³o cokolwiek liniê policzka. Dziêki temu na pierwszy rzut oka twarz Anny wydawa³a siê obrzêkniêta. Litowce zamar³y s³owa, które mia³ na koñcu jêzyka. Uczu³ w sposób nieokreœlony, ¿e powinien natychmiast odwróciæ g³owê. Jednak nie móg³ oderwaæ oczu od siedz¹cej. Mia³ wra¿enie, ¿e ulega niezrozumia³emu nakazowi, równie ohydnemu i przera¿aj¹cemu, jak obraz, który go natarczywie poci¹ga³. Musia³ patrzyæ. Twarz Anny, nienaturalnie nabrzmia³a i blada, robi³a wra¿enie umar³ej. A przecie¿ ¿y³a. ¯y³a w bezsilnym opadniêciu dolnej wargi, w oku jakby oœlep³ym, w têpym skurczu miêœni, których napiêcie sparali¿owa³o Litowce oddech. Widzia³ w swoim ¿yciu wiele twarzy œciêtych nienawiœci¹, ale w ¿adn¹ z nich nienawiœæ nie wessa³a siê piêtnem tak szczególnym, jak w tê, któr¹ mia³ przed sob¹. Przed wielu laty na froncie zobaczy³ pewnego dnia ludzi zatrutych gazami. Noc¹ rozœwietlon¹ dalekimi b³yskami, wœród z³owrogiej ciszy zbierano ich z pola. Na ziemi szarej, jakby przysypanej popio³em, wt³oczone w leje i wyrwy le¿a³y nieruchome, dziwacznie pokurczone cia³a o twarzach - gdy je oœwietlono - straszliwie zmienionych, zsinia³ych, zastyg³ych w natê¿onym grymasie. Twarz Anny zdawa³a siê równie¿ ulec zatruciu. By³a w niej ta sama upiornoœæ, co w tamtych ludziach z okopów: zamazanie granic pomiêdzy nienawiœci¹, strachem i cierpieniem, wzajemne przenikniêcie tych wszystkich uczuæ, milcz¹cy osad, ch³ód. Ciszy w pokoju ¿aden szelest nie m¹ci³. To tylko doko³a, gór¹ i bokami, wiatr bi³ z niezmienn¹ zaciek³oœci¹, gwa³towne i czarne przyp³ywy napiera³y na œciany. Jak ma³y i w¹t³y wyda³ siê nagle Litowce dom! Jeszcze jedno silniejsze uderzenie i niby okrêt zerwany z kotwicy zawiruje kruch¹ ³upink¹ wœród sprzecznych pr¹dów, aby na oœlep zanurzyæ siê w burzliwy odmêt. Kto zatrzyma jego bieg? Wtem coœ miêkkiego otar³o mu siê o nogi. To Makarek. Kopn¹³ go podra¿niony Na pami¹tkê, ¿e w czasie wojny siê urodzi³), Dobrze, mój Tadeuszu, ¿eœ siê dziœ nagodzi³ Do domu, w³aœnie kiedy mamy panien wiele. Stryjaszek myœli wkrótce sprawiæ ci wesele; Jest z czego wybraæ; u nas towarzystwo liczne Od kilku dni zbiera siê na s¹dy graniczne Dla skoñczenia dawnego z panem Hrabi¹ sporu; I pan Hrabia ma jutro sam zjechaæ do dworu; Podkomorzy ju¿ zjecha³ z ¿on¹ i z córkami. M³odzie¿ posz³a do lasu bawiæ siê strzelbami, A starzy i kobiety ¿niwo ogl¹daj¹ Pod lasem, i tam pewnie na m³odzie¿ czekaj¹. Pójdziemy, jeœli zechcesz, i wkrótce spotkamy Stryjaszka, Podkomorstwo i szanowne damy". Pan Wojski z Tadeuszem id¹ pod las drog¹ I jeszcze siê do woli nagadaæ nie mog¹. S³oñce ostatnich kresów nieba dochodzi³o, Mniej silnie, ale szerzej ni¿ we dnie œwieci³o, Ca³e zaczerwienione, jak zdrowe oblicze Gospodarza, gdy prace skoñczywszy rolnicze.Na spoczynek powraca. Ju¿ kr¹g promienisty Spuszcza siê na wierzch boru i ju¿ pomrok mglisty, Nape³niaj¹c wierzcho³ki i ga³êzie drzewa, Ca³y las wi¹¿e w jedno i jakoby zlewa; I bór czerni³ siê na kszta³t ogromnego gmachu, S³oñce nad nim czerwone jak po¿ar na dachu; Wtem zapad³o do g³êbi; jeszcze przez konary B³ysnê³o jako œwieca przez okienic szpary I zgas³o. I wnet sierpy gromadnie dzwoni¹ce We zbo¿ach i grabliska suwane po ³¹ce Ucich³y i stanê³y: tak pan Sêdzia ka¿e, U niego ze dniem koñcz¹ pracê gospodarze. "Pan œwiata wie, jak d³ugo pracowaæ potrzeba; S³oñce, Jego robotnik, kiedy znidzie z nieba, Czas i ziemianinowi ustêpowaæ z pola". Tak zwyk³ mawiaæ pan Sêdzia, a Sêdziego wola By³a ekonomowi poczciwemu œwiêt¹; Bo nawet wozy, w które ju¿ sk³adaæ zaczêto Kopê ¿yta, niepe³ne jad¹ do stodo³y; Ciesz¹ siê z nadzwyczajnej ich lekkoœci wo³y