suknie ślubne stewia ścianki działowe Kwatera prywatna Dźwirzyno od plazy 550m<br /><br />, Akademik Dźwirzyno od wody 1300m<br /><br />, Hotel Dźwirzyno od plazy 100m<br /><br />, Domek letniskowy Dźwirzyno do wody 450m<br /><br />, Apartament Dźwirzyno od plazy 1400m<br /><br />, Ośrodek wypoczynkowy Dźwirzyno od plazy 600m<br /><br />, Hotel Dźwirzyno od wody 3km<br /><br />, Kwatera prywatna Dźwirzyno do plazy 1300m<br /><br />, Ośrodek wypoczynkowy Dźwirzyno do morza 550m<br /><br />, Willa Dźwirzyno do plazy 3km<br /><br />

Strona główna

Kwatera prywatna Dźwirzyno od plazy 550m

Kwatera prywatna Dźwirzyno Sompolska Oferta noclegi 6 os. Cena 160 os.Obiekt:place zabaw, salon spa, wygodne łózko wodne, łazienka, leżak, śniadania, od plaży

Akademik Dźwirzyno od wody 1300m

Akademik Dźwirzyno Czwałga Oferujemy wolne noclegi 5 os. Cena 75 os.Obiekt:spa, sauna, łóżko 2 osobowe, radio, koc, śniadania i obiady, od plaży 1300m.Akademik

Hotel Dźwirzyno od plazy 100m

Hotel Dźwirzyno Zmorska Posiadamy nocleg w pokoju 2 os. Cena 140 os.Obiekt:bary, centrum spa, 2 łóżka 1 osobowe, telewizor, barek, śniadania i obiadokolacje, o

Domek letniskowy Dźwirzyno do wody 450m

Domek letniskowy Dźwirzyno Zuczkowska Oferta noclegi 6 osobowy. Cena 120 os.Obiekt:centrum turystyczne, basen kryty, 2 łóżka 1 osobowe, kuchenka gazowa, barek,

Apartament Dźwirzyno od plazy 1400m

Apartament Dźwirzyno Górczyńska Polecamy wolne noclegi 2 os. Cena 70 os.Obiekt:centrum rekreacji, baseny, łóżko 2 osobowe, barek, sprzęt plażowy, obiady i kolacj

Ośrodek wypoczynkowy Dźwirzyno od plazy 600m

Ośrodek wypoczynkowy Dźwirzyno Głażewska Posiadamy noclegi 3 os. Cena 160 os.Obiekt:solarium, odnowa spa, wygodne łóżko, łazienka, taras, obiady, od plazy 1300

Hotel Dźwirzyno od wody 3km

Hotel Dźwirzyno Matusielańska Polecamy noclegi 2 os. Cena 40 os.Obiekt:salon piekności, centrum rekreacji, łóżko łaczone 2 osobowe, kuchenka gazowa, leżak,

Kwatera prywatna Dźwirzyno do plazy 1300m

Kwatera prywatna Dźwirzyno Gładyszewska Posiadamy nocleg 6 os. Cena 105 os.Obiekt:disco, centrum spa, łóżko 2 osobowe, prysznic, łazienka, śniadania, od plaży

Ośrodek wypoczynkowy Dźwirzyno do morza 550m

Ośrodek wypoczynkowy Dźwirzyno Mirzejewska Proponujemy nocleg 5 os. Cena 75 os.Obiekt:grill, centrum masażu, łózko dwu osobowe, leżak, barek z alkocholem, obiady

Willa Dźwirzyno do plazy 3km

Willa Dźwirzyno Rybusińska Posiadamy nocleg w pokoju 2 osobowy. Cena 60 os.Obiekt:salon odnowy biologicznej, centrum masażu, łóżko łaczone 2 osobowe, koc, ba
4 5 6 7 8 | 9 | 10 11

Anna nie s³ysza³a skrzypniêcia drzwi. Mimo kilku godzin snu czu³a teraz wiêksze znu¿enie ni¿ z rana po Ÿle przespanej nocy. Obudzi³a siê o wczesnym zmierzchu. Z pocz¹tku, zaskoczona pe³nym, porywistym szumem wiatru, ujrzawszy w g³êbi za oknem zarys p³ota i drzewo o czarnych, gn¹cych siê ga³êziach, nie mog³a zorientowaæ siê, gdzie siê znajduje. Nie zd¹¿y³a siê jeszcze przyzwyczaiæ do tej du¿ej, obcej izby tak ró¿nej od pokoju, który ostatnio zamieszkiwa³a. Gdy o podobnej godzinie budzi³a siê w Warszawie, widzia³a przez zmêtnia³¹ szybê ¿a³oœnie obwis³¹ rynnê, dalej obdrapan¹ œcianê pe³n¹ jakichœ niepotrzebnych gzymsów i ozdób, w¹t³ych balkoników i okien przybranych wiotkimi firankami, jeszcze wy¿ej czarny, wilgotny, gêsto po³atany dach, smêtne dymniki uwik³ane w pajêczynowe nitki drutów radiowych, a nad tym wszystkim doskonale zharmonizowany z ca³oœci¹, w bezruchu zastyg³y, jakby ze starej ilustracji wyciêty p³at nieba. Gdy nadchodzi³ przedwczesny zmierzch brzydkich dni, a drobny deszczyk zacina³ z ukosa, wówczas dymniki szamota³y siê apatycznie, potem z rosn¹cym mrokiem zapada³ ospa³y spokój, tylko wiatr uwiêziony pomiêdzy murami be³kota³ ptrzyt³umionym oddechem. Tak w ci¹gu wielu miesiêcy z¿y³a siê z tym obrazem, ¿e nim zd¹¿y³a teraz podnieœæ powieki, by³a pewna, ¿e taki w³aœnie widok narzuci siê jej oczom. Pomyœla³a, ¿e bêdzie musia³a zaraz ubraæ siê i wyjœæ na ulicê. Zaczê³a siê nawet zastanawiaæ, czy nie powinna zmieniæ dzielnicy. Mo¿e jeszcze raz spróbowaæ œródmieœcia? Mo¿e... Westchnê³a ciê¿ko. Gdyby¿ mo¿na by³o schroniæ siê przed tym wszystkim w sen d³ugi i twardy! Ale kiedy po chwili zda³a sobie sprawê, ¿e nie jest ju¿ w Warszawie - nie odczu³a ulgi. Dochodzi³a pi¹ta. Za godzinê - obliczy³a szybko - powinien przyjœæ kierownik poczty. Znowu bêdzie kl¹æ dogorywaj¹c¹ ¿onê... Usiad³a na ³ó¿ku, wsunê³a stopy w rozdeptane pantofle. W pokoju by³o zimno, powietrze przesi¹kniête wilgoci¹ czyni³o ch³ód obœlizg³ym i lepkim. Dr¿¹c narzuci³a szlafrok, pamiêtaj¹cy jeszcze lepsze czasy, i podesz³a do toalety. Spojrzawszy w lustro wzdrygnê³a siê. Nie mog³a patrzeæ na siebie bez wstrêtu i przestrachu. Ostatnich kilka lat zmieni³o j¹ zupe³nie. Czasami mia³a wra¿enie, ¿e ka¿dy dzieñ, ka¿da noc posuwaj¹ naprzód dzie³o zniszczenia. Nieraz, budz¹c siê z rana, zrywa³a siê poœpiesznie z ³ó¿ka i jeszcze oczy maj¹c zaklejone od snu bieg³a do lustra. Staroœæ, nie, to nie o ni¹ chodzi³o. Niedawno przekroczy³a wprawdzie czterdziestkê, ale nie wygl¹da³a na wiêcej lat. Zmienia³ siê tylko wyraz jej twarzy. Zarys policzków niegdyœ tak delikatny uleg³ trywialnemu zniekszta³ceniu, usta uk³ada³y siê w przykry, wyuzdany grymas, oczy straci³y wilgotny, miêkki po³ysk. Anna czu³a, ¿e mo¿e teraz poci¹gaæ tylko natury chore i instynkty znieprawione. Ruchy, g³os, spojrzenia, wszystko w niej obiecywa³o rozpustê. Ile te¿ razy w oczach zaczepionych mê¿czyzn wyczyta³a nietajony odruch niechêci i pogardy. Ile brutalnych s³ów uderzy³o j¹ po twarzy. Brali j¹ ci, których twarze by³y napiêtnowane tymi samymi znakami, co i ona. Pêka³y wobec niej wszelkie hamulce, opada³y maski, rwa³a siê w strzêpy uk³adnoœæ, brudny k³¹b ciemnych po¿¹dañ wycieka³ z obna¿onych cia³, jak ropa p³yn¹ca z odkrytej rany, opl¹tywa³ j¹ swymi mackami, ch³on¹³ i ssa³. Czasami przecie¿ znajdowa³a nieomal zadowolenie w tym ca³kowitym i ostatecznym upadku. Czegó¿ mo¿e od ¿ycia ¿¹daæ kobieta, od której nikt prócz krótkiej, nêdznie op³aconej chwili rozkoszy niczego nie ¿¹da³? Nic siê ju¿ staæ nie mo¿e. Zanurzyæ siê wiêc w tê otch³añ, dosiêgn¹æ samego dna... Z pewnoœci¹ tê w³aœnie zgodê na wszystko wyczyta³ w jej oczach Litowka, gdy bawi¹c przed tygodniem w Warszawie spotka³ Annê na ulicy. Zdziwi³a siê, ¿e j¹ pozna³. Nie widzieli siê bowiem od dziesiêciu przynajmniej lat. Stare dzieje ich ³¹czy³y. Anna ¿y³a wówczas z Morawcem, stawiaj¹cym pierwsze dopiero kroki na terenie stolicy. Roman by³ m³odszy od niej, mia³ dwadzieœcia kilka lat, podoba³ siê jej. Poci¹ga³ zuchwa³oœci¹, mocnym cia³em, energi¹ i tym nieuchwytnym b³yskiem w oczach, który raz wydawa³ siê cierpieniem, a kiedy indziej okrucieñstwem. Niewiele wiedzia³a o jego przesz³oœci, prawdopodobnie burzliwej. Nie zwierza³ siê. Bêd¹c szczerym, umia³ jednoczeœnie byæ skrytym. Czym obecnie zajmowa³ siê - to oczywiœcie wiedzia³a. Ale to jej nie przeszkadza³o. Wierzy³a, ¿e nie potknie siê. Pieniêdzy mia³ zawsze pod dostatkiem. Mia³a wiêc spokój, nie potrzebowa³a chodziæ po ulicy. W tym w³aœnie czasie zacz¹³ organizowaæ pierwsz¹ swoj¹ bandê. Pewnego dnia przyprowadzi³ nowego kompana. By³ to Litowka. Przez kilka miesiêcy chodzili na roboty razem i z kilku jeszcze innymi. Wkrótce jednak skoñczy³o siê to wszystko. Po jakiejœ grubszej, krwawo zakoñczonej historii, banda Morawca rozpad³a siê. Paru ch³opców wpad³o, dostali po kilkanaœcie lat ciê¿kiego wiêzienia. O Romanie s³uch przepad³, znikn¹³ równie¿ Litowka. Spotka³a go teraz dopiero. Dowiedzia³a siê, ¿e Morawca od lat ju¿ nie widzia³ i w ogóle od dawna, zaraz po tamtej awanturze, skoñczy³ z podobnymi sprawami. Nie mia³ ochoty - wyzna³ - powêdrowaæ na szubienicê albo zgin¹æ w wiêzieniu. Nie ka¿dy ma szczêœcie Morawca. Zreszt¹ i jego szczêœcie mo¿e pewnego piêknego dnia prysn¹æ jak ³upinka. Osiedli³ siê wiêc na kresach wschodnich. Za pieni¹dze, które mu przypad³y z podzia³u, wybudowa³ domek i urz¹dzi³ sklep z wyszynkiem. Zadowolony by³ ze spotkania. Zaproponowa³ kolacjê. Wst¹pili razem do baru. Ci¹gle opowiada³ o sobie. Ale Anna wiedzia³a, ¿e szybko zda³ sobie sprawê z sytuacji, w jakiej siê znajdowa³a. Nie potrzebowa³ pytaæ. By³a ubrana Ÿle, z tandetn¹ jaskrawoœci¹, wygl¹da³a niezdrowo; chciwie, choæ stara³a siê panowaæ nad ruchami, rzuci³a siê na gor¹ce jedzenie. Gdy zaproponowa³ jej wyjazd do Sedelnik w wiadomym celu, zgodzi³a siê bez wahania. Nie mia³a nic do stracenia. W Warszawie czeka³ j¹ tylko g³ód, a w niedalekiej przysz³oœci szpital lub ¿ebranina pod koœcio³em. Ludzie? Uwa¿a³a, ¿e wszêdzie s¹ ci sami, jednakowo Ÿli. Wola³a wiêc o tym nie myœleæ, cieszyæ siê raczej, ¿e znajdzie siê na wsi. W pewnym momencie, gdy wyobrazi³a sobie pola i lasy, krajobraz od tylu lat nie widziany, od¿y³y w niej bolesnym szarpniêciem najdawniejsze, rzadko budz¹ce siê wspomnienia. Wychyn¹³ z mroku czasu dzieñ wycieczki za miasto: niebo pogodne, zapach jaœminów, droga ocieniona roz³o¿ystymi kasztanami, ujadanie psów... Ale zanim poœród tych migawkowych obrazów zd¹¿y³a zarysowaæ siê œmiej¹ca twarz Paw³a Siechenia, Anna wsta³a szybko i spyta³a Litowkê: zatañczymy? W jego ciê¿kich ramionach, pod gor¹cym, wódk¹ przepojonym oddechem, znik³y oczy i usta, których wola³a z odleg³oœci lat nie wywo³ywaæ. Zabawili w lokalu do póŸnego wieczora. Potem, po nocy, która da³a Annie przedsmak tego, co j¹ czeka w Sedelnikach, wyjechali. Wieœ powita³a j¹ wichur¹ i deszczem Nie potrzebowa³ dalej mówiæ. Domyœli³a siê ca³ej historii. Jasne teraz by³o, sk¹d znalaz³y siê pieni¹dze na ten dom, sklep i ziemiê. Ale có¿? Nie by³o to ¿adn¹ niespodziank¹. Zdziwi³a siê tylko, ¿e j¹ niczym ta wiadomoœæ nie poruszy³a. W³aœciwie powinna by siê cieszyæ strachem i niepewnoœci¹ Litowki. Nie czu³a jednak niczego, co by choæ za u³amek radoœci mog³o uchodziæ. By³a znu¿ona, to wszystko. Znu¿ona zmêczeniem fizycznym, zwierzêcym, wyprutym z jakichkolwiek uczuæ, chêci, po¿¹dañ. Ostatnio coraz czêœciej wpada³a w taki nastrój. Nie chcia³a go. Ale nie chcia³a wówczas tylko, gdy by³ poza ni¹. W nim nie istnia³o tak lub nie. Czasem, gdy budzi³a siê w œrodku nocy przy boku przygodnego kochanka, ogarnia³o j¹ przera¿enie, tak nagle jasnym siê dla niej stawa³o, i¿ w chwili zdawa³oby siê wykluczaj¹cej samotnoœæ by³a w rzeczywistoœci nie do wyra¿enia samotna. Samotna samotnoœci¹ najokrutniejsz¹, któr¹ ka¿dy cz³owiek musi raz prze¿yæ, choæby to mia³o na niego spaœæ dopiero w godzinie œmierci. „Ale czy¿ istnieje w ¿yciu cz³owieka cokolwiek niezwyk³ego - myœla³a nieraz - co by jednoczeœnie nie zbli¿a³o ku œmierci? Przy pewnym natê¿eniu uczuæ, lub przy zamieraniu ich zbyt bezwzglêdnym, zawsze œmieræ zagl¹da nam w oczy”. Przemknê³o jej przez g³owê szybkie wspomnienie: przed bardzo wielu latami prze¿y³a to odkrycie po raz pierwszy. Nie zd¹¿y³a cofn¹æ siê. Zanim zda³a sobie sprawê z czasu i z miejsca tej chwili, ujrza³a mroczny korytarz, którym bieg³a na dŸwiêk dzwonka, drzwi otwierane, nag³e rozwidnienie siê, a na schodach w pe³nym œwietle padaj¹cym z okna na pó³piêtrze postaæ m³odego legionisty. Jednoczeœnie przypomnia³a sobie, ¿e w kilka tygodni póŸniej mówi³a patrz¹c w oczy Paw³a Siechenia: „Kiedy zobaczy³am ciê wtedy po raz pierwszy, sta³o siê ze mn¹ coœ, czego jeszcze nigdy nie prze¿y³am. Zanim spyta³eœ siê, czy tu mieszkaj¹ pañstwo Podhaliczowie, patrzy³eœ na mnie chwilê, pamiêtasz? To trwa³o bardzo krótko, ale mnie siê wyda³o nieskoñczenie d³ugo. Nie zd¹¿y³am nawet dobrze ci siê przyjrzeæ. Spostrzeg³am tylko, ¿e jesteœ bardzo blady i masz smutne oczy. Tylko tyle. Ale w ci¹gu tej sekundy, zanim us³ysza³am twój g³os, wyda³o mi siê, ¿e umieram. Nie, nie! - zaprzeczy³a szybko widz¹c pytanie w jego spojrzeniu. - To nie by³o bolesne uczucie. Radosne te¿ nie... - doda³a po chwili. - Tego w ogóle nie da siê nazwaæ”. I jeszcze raz tamtego dnia prze¿y³a owo uczucie zamierania, gdy zdaje siê, ¿e dawne ¿ycie uciek³o, a nowe nie zd¹¿y³o jeszcze nadejœæ. By³o to wieczorem, na chwilê przed zaœniêciem. Z krótkiej rozmowy wiele dowiedzia³a siê o nowym lokatorze swoich opiekunów. Przydzielono mu u nich kwaterê. By³ porucznikiem drugiej brygady. Niedawno, podczas walk w Karpatach, zosta³ ciê¿ko ranny, otrzyma³ postrza³ w lewe p³uco. W³aœnie wczoraj opuœci³ szpital, lecz do ca³kowitego wyzdrowienia by³o mu jeszcze daleko, nie wiedzia³ nawet, kiedy bêdzie móg³ wróciæ na front... Gdy le¿a³a w ciemnoœciach z zamkniêtymi oczami, s³ysza³a za œcian¹ kroki porucznika. Nagle ucich³y. I wtedy, ale jakby we œnie i dlatego silniej jeszcze, prze¿y³a uczucie podobne do tego, które j¹ przeniknê³o w po³udnie stoj¹c¹ w otwartych drzwiach. Maj¹c oczy pe³ne tych wspomnieñ, nie czu³a, ¿e od kilku minut Litowka na ni¹ patrzy. Z pocz¹tku, chc¹c sprawdziæ wra¿enie swoich s³ów, rzuci³ na Annê wzrok krótki i podejrzliwy. Ale gdy nie zauwa¿y³ w zarysie jej lekko pochylonej postaci ¿adnej gwa³towniejszej zmiany, uspokoi³ siê. „Uwierzy³a” - przemknê³o mu przez g³owê. Tym lepiej. Jeœli na staroœæ zaczyna³a podobnie g³upieæ, dlaczego nie mia³by dalej mówiæ? Korci³o go, aby podzieliæ siê z Ann¹ swymi obawami w zwi¹zku z osob¹ Nawrockiego. Co znaczy³ jego œmiech? A te pytania tak lekko, niewinnie na pozór, bez ¿adnej zdawa³oby siê ukrytej intencji rzucane? A to „musi pan milczeæ?” Nie, to niemo¿liwe - wyda³o siê Litowce - aby Nawrocki móg³ siê czegokolwiek domyœlaæ. Sk¹d? Jakim sposobem móg³by wpaœæ na trop tych starych, przebrzmia³ych historii? Udawa³, ¿e wie, o tak! to co innego, udawanie i wygrywanie na tym to sta³a policyjna metoda. Zapl¹taæ upatrzon¹ ofiarê w sieæ pytañ, domyœlników, niespodziewanych skojarzeñ, aby póŸniej w odpowiedniej chwili jednym rzutem zacisn¹æ pêtlê. „Ale to nie ze mn¹! - uœmiechn¹³ siê do nieobecnego wroga - ze mn¹ nie pójdzie tak ³atwo. Jeszcze nie zna mnie”. W tej samej jednak chwili zda³ sobie sprawê, ¿e jeœli jest ju¿ mowa o walce pomiêdzy nim a Nawrockim, to przecie¿ pierwsze w niej kroki przynios³y niew¹tpliwy triumf posterunkowemu. To on przez ca³y czas górowa³ spokojem, on umkn¹³ w porê z doœæ œliskiego dla siebie terenu, jemu uda³o siê z kolei uchwyciæ inicjatywê w swoje rêce i najzaczepniejsze wypady przemyciæ pod mask¹ niefrasobliwego i przyjaznego uœmiechu. Wspomniawszy swoje zachowanie, zw³aszcza chwilê, w której tak nieopatrznie pozwoli³ sobie wyskoczyæ ze skóry, Litowka znowu siê zaniepokoi³. Zrozumia³, ¿e dopóki jakimœ umiejêtnym posuniêciem nie zaskoczy z kolei Nawrockiego, dopóty ta pierwsza pora¿ka ze zjadliw¹ natarczywoœci¹ wciskaæ siê bêdzie w ka¿d¹ rozmowê z posterunkowym, w ka¿d¹ myœl o nim. Zawsze bêdzie ju¿ stron¹ skazan¹ na bronienie siê, wymykanie i kluczenie. A czy¿ nie tego chcia³ Nawrocki? Czy nie têdy wiedzie droga do ostatecznego zapl¹tania siê i uwik³ania? Bezsilny gniew chwyci³ Litowkê. Och, gdyby móg³ przychwyciæ tego szczeniaka, gagatka z ³adn¹ buzi¹ i delikatnymi ³apkami, wzi¹æ go w swoje obroty i rozprawiæ siê po swojemu, raz na zawsze. Ba! tylko jak siê do tego zabraæ? W du¿ym mieœcie wiedzia³by, co robiæ. Tam wystarczy³aby nocna godzina, pusta ulica. Ale tu, gdzie wszystkie zdarzenia wyp³ywaj¹ na wierzch jak wzdête trupy wyparte wirami z dna rzeki? Zamyœli³ siê. A mo¿e... taka noc jak dzisiaj, wiatr... mo¿e Anna? Uderzony niespodziewanym pomys³em, spojrza³ na ni¹. Siedzia³a przed lustrem ci¹gle odwrócona plecami, w taki jednak sposób przechyli³a g³owê, i¿ nie ruszaj¹c siê móg³ ze swego miejsca dojrzeæ profil. WyraŸnie rysowa³ siê na tle rozstawionego pod œcian¹ parawanu, tylko œwiat³o lampy padaj¹c z boku poszerza³o cokolwiek liniê policzka. Dziêki temu na pierwszy rzut oka twarz Anny wydawa³a siê obrzêkniêta. Litowce zamar³y s³owa, które mia³ na koñcu jêzyka. Uczu³ w sposób nieokreœlony, ¿e powinien natychmiast odwróciæ g³owê. Jednak nie móg³ oderwaæ oczu od siedz¹cej. Mia³ wra¿enie, ¿e ulega niezrozumia³emu nakazowi, równie ohydnemu i przera¿aj¹cemu, jak obraz, który go natarczywie poci¹ga³. Musia³ patrzyæ. Twarz Anny, nienaturalnie nabrzmia³a i blada, robi³a wra¿enie umar³ej. A przecie¿ ¿y³a. ¯y³a w bezsilnym opadniêciu dolnej wargi, w oku jakby oœlep³ym, w têpym skurczu miêœni, których napiêcie sparali¿owa³o Litowce oddech. Widzia³ w swoim ¿yciu wiele twarzy œciêtych nienawiœci¹, ale w ¿adn¹ z nich nienawiœæ nie wessa³a siê piêtnem tak szczególnym, jak w tê, któr¹ mia³ przed sob¹. Przed wielu laty na froncie zobaczy³ pewnego dnia ludzi zatrutych gazami. Noc¹ rozœwietlon¹ dalekimi b³yskami, wœród z³owrogiej ciszy zbierano ich z pola. Na ziemi szarej, jakby przysypanej popio³em, wt³oczone w leje i wyrwy le¿a³y nieruchome, dziwacznie pokurczone cia³a o twarzach - gdy je oœwietlono - straszliwie zmienionych, zsinia³ych, zastyg³ych w natê¿onym grymasie. Twarz Anny zdawa³a siê równie¿ ulec zatruciu. By³a w niej ta sama upiornoœæ, co w tamtych ludziach z okopów: zamazanie granic pomiêdzy nienawiœci¹, strachem i cierpieniem, wzajemne przenikniêcie tych wszystkich uczuæ, milcz¹cy osad, ch³ód. Ciszy w pokoju ¿aden szelest nie m¹ci³. To tylko doko³a, gór¹ i bokami, wiatr bi³ z niezmienn¹ zaciek³oœci¹, gwa³towne i czarne przyp³ywy napiera³y na œciany. Jak ma³y i w¹t³y wyda³ siê nagle Litowce dom! Jeszcze jedno silniejsze uderzenie i niby okrêt zerwany z kotwicy zawiruje kruch¹ ³upink¹ wœród sprzecznych pr¹dów, aby na oœlep zanurzyæ siê w burzliwy odmêt. Kto zatrzyma jego bieg? Wtem coœ miêkkiego otar³o mu siê o nogi. To Makarek. Kopn¹³ go podra¿niony