ścianki działowe stewia suknie ślubne Domki letniskowe Obłudzin

Strona główna

Domki letniskowe Obłudzin

Posiadamy pokoje 2 osobowy, 40 os.

Nocleg:
salon masazu, grill na posesji, do plazy 80m, bufet, łazienka, sprzęt plażowy, wanna z hydromasażem, łózko z dostawka, basen.

Juliana Turkowska - MÄ…dre
074124375

Tematyka:
władysławowo mapa
hotel łeba
rabka
nieruchomości kołobrzeg
gÄ…ska
Obłudzin akademik kraków


Polecamy również:

Nie potrzebowa³ dalej mówiæ. Domyœli³a siê ca³ej historii. Jasne teraz by³o, sk¹d znalaz³y siê pieni¹dze na ten dom, sklep i ziemiê. Ale có¿? Nie by³o to ¿adn¹ niespodziank¹. Zdziwi³a siê tylko, ¿e j¹ niczym ta wiadomoœæ nie poruszy³a. W³aœciwie powinna by siê cieszyæ strachem i niepewnoœci¹ Litowki. Nie czu³a jednak niczego, co by choæ za u³amek radoœci mog³o uchodziæ. By³a znu¿ona, to wszystko. Znu¿ona zmêczeniem fizycznym, zwierzêcym, wyprutym z jakichkolwiek uczuæ, chêci, po¿¹dañ. Ostatnio coraz czêœciej wpada³a w taki nastrój. Nie chcia³a go. Ale nie chcia³a wówczas tylko, gdy by³ poza ni¹. W nim nie istnia³o tak lub nie. Czasem, gdy budzi³a siê w œrodku nocy przy boku przygodnego kochanka, ogarnia³o j¹ przera¿enie, tak nagle jasnym siê dla niej stawa³o, i¿ w chwili zdawa³oby siê wykluczaj¹cej samotnoœæ by³a w rzeczywistoœci nie do wyra¿enia samotna. Samotna samotnoœci¹ najokrutniejsz¹, któr¹ ka¿dy cz³owiek musi raz prze¿yæ, choæby to mia³o na niego spaœæ dopiero w godzinie œmierci. „Ale czy¿ istnieje w ¿yciu cz³owieka cokolwiek niezwyk³ego - myœla³a nieraz - co by jednoczeœnie nie zbli¿a³o ku œmierci? Przy pewnym natê¿eniu uczuæ, lub przy zamieraniu ich zbyt bezwzglêdnym, zawsze œmieræ zagl¹da nam w oczy”. Przemknê³o jej przez g³owê szybkie wspomnienie: przed bardzo wielu latami prze¿y³a to odkrycie po raz pierwszy. Nie zd¹¿y³a cofn¹æ siê. Zanim zda³a sobie sprawê z czasu i z miejsca tej chwili, ujrza³a mroczny korytarz, którym bieg³a na dŸwiêk dzwonka, drzwi otwierane, nag³e rozwidnienie siê, a na schodach w pe³nym œwietle padaj¹cym z okna na pó³piêtrze postaæ m³odego legionisty. Jednoczeœnie przypomnia³a sobie, ¿e w kilka tygodni póŸniej mówi³a patrz¹c w oczy Paw³a Siechenia: „Kiedy zobaczy³am ciê wtedy po raz pierwszy, sta³o siê ze mn¹ coœ, czego jeszcze nigdy nie prze¿y³am. Zanim spyta³eœ siê, czy tu mieszkaj¹ pañstwo Podhaliczowie, patrzy³eœ na mnie chwilê, pamiêtasz? To trwa³o bardzo krótko, ale mnie siê wyda³o nieskoñczenie d³ugo. Nie zd¹¿y³am nawet dobrze ci siê przyjrzeæ. Spostrzeg³am tylko, ¿e jesteœ bardzo blady i masz smutne oczy. Tylko tyle. Ale w ci¹gu tej sekundy, zanim us³ysza³am twój g³os, wyda³o mi siê, ¿e umieram. Nie, nie! - zaprzeczy³a szybko widz¹c pytanie w jego spojrzeniu. - To nie by³o bolesne uczucie. Radosne te¿ nie... - doda³a po chwili. - Tego w ogóle nie da siê nazwaæ”. I jeszcze raz tamtego dnia prze¿y³a owo uczucie zamierania, gdy zdaje siê, ¿e dawne ¿ycie uciek³o, a nowe nie zd¹¿y³o jeszcze nadejœæ. By³o to wieczorem, na chwilê przed zaœniêciem. Z krótkiej rozmowy wiele dowiedzia³a siê o nowym lokatorze swoich opiekunów. Przydzielono mu u nich kwaterê. By³ porucznikiem drugiej brygady. Niedawno, podczas walk w Karpatach, zosta³ ciê¿ko ranny, otrzyma³ postrza³ w lewe p³uco. W³aœnie wczoraj opuœci³ szpital, lecz do ca³kowitego wyzdrowienia by³o mu jeszcze daleko, nie wiedzia³ nawet, kiedy bêdzie móg³ wróciæ na front... Gdy le¿a³a w ciemnoœciach z zamkniêtymi oczami, s³ysza³a za œcian¹ kroki porucznika. Nagle ucich³y. I wtedy, ale jakby we œnie i dlatego silniej jeszcze, prze¿y³a uczucie podobne do tego, które j¹ przeniknê³o w po³udnie stoj¹c¹ w otwartych drzwiach. Maj¹c oczy pe³ne tych wspomnieñ, nie czu³a, ¿e od kilku minut Litowka na ni¹ patrzy. Z pocz¹tku, chc¹c sprawdziæ wra¿enie swoich s³ów, rzuci³ na Annê wzrok krótki i podejrzliwy. Ale gdy nie zauwa¿y³ w zarysie jej lekko pochylonej postaci ¿adnej gwa³towniejszej zmiany, uspokoi³ siê. „Uwierzy³a” - przemknê³o mu przez g³owê. Tym lepiej. Jeœli na staroœæ zaczyna³a podobnie g³upieæ, dlaczego nie mia³by dalej mówiæ? Korci³o go, aby podzieliæ siê z Ann¹ swymi obawami w zwi¹zku z osob¹ Nawrockiego. Co znaczy³ jego œmiech? A te pytania tak lekko, niewinnie na pozór, bez ¿adnej zdawa³oby siê ukrytej intencji rzucane? A to „musi pan milczeæ?” Nie, to niemo¿liwe - wyda³o siê Litowce - aby Nawrocki móg³ siê czegokolwiek domyœlaæ. Sk¹d? Jakim sposobem móg³by wpaœæ na trop tych starych, przebrzmia³ych historii? Udawa³, ¿e wie, o tak! to co innego, udawanie i wygrywanie na tym to sta³a policyjna metoda. Zapl¹taæ upatrzon¹ ofiarê w sieæ pytañ, domyœlników, niespodziewanych skojarzeñ, aby póŸniej w odpowiedniej chwili jednym rzutem zacisn¹æ pêtlê. „Ale to nie ze mn¹! - uœmiechn¹³ siê do nieobecnego wroga - ze mn¹ nie pójdzie tak ³atwo. Jeszcze nie zna mnie”. W tej samej jednak chwili zda³ sobie sprawê, ¿e jeœli jest ju¿ mowa o walce pomiêdzy nim a Nawrockim, to przecie¿ pierwsze w niej kroki przynios³y niew¹tpliwy triumf posterunkowemu. To on przez ca³y czas górowa³ spokojem, on umkn¹³ w porê z doœæ œliskiego dla siebie terenu, jemu uda³o siê z kolei uchwyciæ inicjatywê w swoje rêce i najzaczepniejsze wypady przemyciæ pod mask¹ niefrasobliwego i przyjaznego uœmiechu. Wspomniawszy swoje zachowanie, zw³aszcza chwilê, w której tak nieopatrznie pozwoli³ sobie wyskoczyæ ze skóry, Litowka znowu siê zaniepokoi³. Zrozumia³, ¿e dopóki jakimœ umiejêtnym posuniêciem nie zaskoczy z kolei Nawrockiego, dopóty ta pierwsza pora¿ka ze zjadliw¹ natarczywoœci¹ wciskaæ siê bêdzie w ka¿d¹ rozmowê z posterunkowym, w ka¿d¹ myœl o nim. Zawsze bêdzie ju¿ stron¹ skazan¹ na bronienie siê, wymykanie i kluczenie. A czy¿ nie tego chcia³ Nawrocki? Czy nie têdy wiedzie droga do ostatecznego zapl¹tania siê i uwik³ania? Bezsilny gniew chwyci³ Litowkê. Och, gdyby móg³ przychwyciæ tego szczeniaka, gagatka z ³adn¹ buzi¹ i delikatnymi ³apkami, wzi¹æ go w swoje obroty i rozprawiæ siê po swojemu, raz na zawsze. Ba! tylko jak siê do tego zabraæ? W du¿ym mieœcie wiedzia³by, co robiæ. Tam wystarczy³aby nocna godzina, pusta ulica. Ale tu, gdzie wszystkie zdarzenia wyp³ywaj¹ na wierzch jak wzdête trupy wyparte wirami z dna rzeki? Zamyœli³ siê. A mo¿e... taka noc jak dzisiaj, wiatr... mo¿e Anna? Uderzony niespodziewanym pomys³em, spojrza³ na ni¹. Siedzia³a przed lustrem ci¹gle odwrócona plecami, w taki jednak sposób przechyli³a g³owê, i¿ nie ruszaj¹c siê móg³ ze swego miejsca dojrzeæ profil. WyraŸnie rysowa³ siê na tle rozstawionego pod œcian¹ parawanu, tylko œwiat³o lampy padaj¹c z boku poszerza³o cokolwiek liniê policzka. Dziêki temu na pierwszy rzut oka twarz Anny wydawa³a siê obrzêkniêta. Litowce zamar³y s³owa, które mia³ na koñcu jêzyka. Uczu³ w sposób nieokreœlony, ¿e powinien natychmiast odwróciæ g³owê. Jednak nie móg³ oderwaæ oczu od siedz¹cej. Mia³ wra¿enie, ¿e ulega niezrozumia³emu nakazowi, równie ohydnemu i przera¿aj¹cemu, jak obraz, który go natarczywie poci¹ga³. Musia³ patrzyæ. Twarz Anny, nienaturalnie nabrzmia³a i blada, robi³a wra¿enie umar³ej. A przecie¿ ¿y³a. ¯y³a w bezsilnym opadniêciu dolnej wargi, w oku jakby oœlep³ym, w têpym skurczu miêœni, których napiêcie sparali¿owa³o Litowce oddech. Widzia³ w swoim ¿yciu wiele twarzy œciêtych nienawiœci¹, ale w ¿adn¹ z nich nienawiœæ nie wessa³a siê piêtnem tak szczególnym, jak w tê, któr¹ mia³ przed sob¹. Przed wielu laty na froncie zobaczy³ pewnego dnia ludzi zatrutych gazami. Noc¹ rozœwietlon¹ dalekimi b³yskami, wœród z³owrogiej ciszy zbierano ich z pola. Na ziemi szarej, jakby przysypanej popio³em, wt³oczone w leje i wyrwy le¿a³y nieruchome, dziwacznie pokurczone cia³a o twarzach - gdy je oœwietlono - straszliwie zmienionych, zsinia³ych, zastyg³ych w natê¿onym grymasie. Twarz Anny zdawa³a siê równie¿ ulec zatruciu. By³a w niej ta sama upiornoœæ, co w tamtych ludziach z okopów: zamazanie granic pomiêdzy nienawiœci¹, strachem i cierpieniem, wzajemne przenikniêcie tych wszystkich uczuæ, milcz¹cy osad, ch³ód. Ciszy w pokoju ¿aden szelest nie m¹ci³. To tylko doko³a, gór¹ i bokami, wiatr bi³ z niezmienn¹ zaciek³oœci¹, gwa³towne i czarne przyp³ywy napiera³y na œciany. Jak ma³y i w¹t³y wyda³ siê nagle Litowce dom! Jeszcze jedno silniejsze uderzenie i niby okrêt zerwany z kotwicy zawiruje kruch¹ ³upink¹ wœród sprzecznych pr¹dów, aby na oœlep zanurzyæ siê w burzliwy odmêt. Kto zatrzyma jego bieg? Wtem coœ miêkkiego otar³o mu siê o nogi. To Makarek. Kopn¹³ go podra¿niony Odpêdza³ pokusê snu, podobnie jak œmiertelnie znu¿ony wêdrowiec prze³amuje sennoœæ w obliczu niebezpieczeñstwa. Có¿ z tego, ¿e cia³o omdlewa ze zmêczenia, g³owa ci¹¿y, a powieki same bezsilnie opadaj¹? Trzeba wiedzieæ, kiedy mo¿na, kiedy wolno spaæ. Pozornie tak ³atwo jest wymkn¹æ siê nieprzyjacielowi. Zdawa³oby siê: mo¿na go zwieœæ, zmyliæ œlad. Pomiêdzy wieczorem a najbli¿szym rankiem jaki¿ rozleg³y le¿y czas! Ka¿dy krok u pocz¹tku wyznacza inn¹ drogê. Tysi¹c œcie¿ek biegnie w g³¹b nocy, nikn¹cych, gdy œwit zedrze ciemnoœci. Ale na ka¿dej wróg jest przy nas, cierpliwie, krok za krokiem d¹¿¹c po naszym tropie. Spojrzeæ mu prosto w oczy, nie zadr¿eæ, nie ugi¹æ siê przed jego zdobywcz¹ si³¹, to jedno mo¿e ocaliæ. Ale jak wydrzeæ z siebie z³o, które w nas czai siê zawsze wyczekuj¹ce, zawsze gotowe do skoku? Jak pochwyciæ wroga, który jest w naszej krwi i w naszych myœlach? Ksi¹dz Siecheñ klêcza³, skrzy¿owane ramiona wspar³szy o niski sto³ek. Pochyli³ g³owê. Mia³ wra¿enie, jakby mu barki ogromny ciê¿ar przygniót³. Gdy zapada noc taka, jak dzisiaj, bez granic, wydaje siê, ¿e z³o ca³ego œwiata œcieka w serce czuwaj¹cego. Doko³a, na bezmiernych obszarach, w niskich chatach wiejskich i dalej, w ludowych kamienicach uciszonych miast œpi¹ ludzie zmordowani dniem. Bezbronny t³um. £atwa zdobycz. Któ¿ œpi snem sprawiedliwego? D³onie, które jeszcze przed chwil¹ chciwie siêga³y po rozpustê i zysk, dygoc¹ teraz niespokojnie, jak p³omieñ przygnieciony popio³em. Nagie cia³a dysz¹ gor¹czkowo. Zwarte usta skry³y k³amstwa i kusz¹ce podszepty, powieki zamknê³y pope³nione i przysz³e zbrodnie. Gdzie¿ s¹ mury mierzone trzcin¹ z³ot¹? Wiatr szarpn¹³ otwartym oknem. Okiennica uderzy³a o szybê. Chlusn¹³ deszcz. Ale proboszcz nie poruszy³ siê. Jego oczy szeroko rozwarte zdawa³y siê przebijaæ ciemnoœæ. Dr¹¿¹ j¹ a¿ do przepastnego dna. Zwyciê¿aj¹ przestrzeñ. Czas stan¹³. I przez sekundê, która trwa wieki, wydaje siê klêcz¹cemu, ¿e widzi wszystko, co dzieje siê na œwiecie a¿ po jego najodleglejsze krañce. Straszliwa chwila. To jest tak, jakby jakaœ zas³ona spad³a rozciêta nagle niewidzialn¹ rêk¹, ukazuj¹c groŸn¹ wizjê. Oto ziemia niezmiernie ogromna, a jednoczeœnie tak drobna, i¿ mo¿na j¹ ramieniem opasaæ, le¿y nieruchoma, œciêta cisz¹: bezkresna, ruda pustynia, obszary zje¿one czarnymi kamieniami, zastyg³e wody, lasy skamienia³e, miasta puste jak szkielety, a nad tym nieskoñczonym cmentarzyskiem niebo niskie i miedziane. Niebo, którego ciê¿ar przygniata serca œpi¹cych. Ludzie! Widaæ ich cia³a pokotem rzucone na zesch³¹ ziemiê, jedno przy drugim, nagie i sine, niby nieskoñczony szereg umar³ych. I nagle, jakby na jeden wielki g³os rozcinaj¹cy milczenie od wschodu do zachodu i od pó³nocy na po³udnie, budz¹ siê wszyscy. Ale nikt nie zrywa siê i nie œpieszy pos³usznie ku wezwaniu. ¯adne wo³anie mu nie odpowiada. ¯aden szept ani ruch nie targn¹ niewzruszonym spokojem. Piersi le¿¹cych uderzone niebem zamar³y. To tylko ich oczy szeroko rozwarte oddychaj¹ œmierteln¹ trwog¹. Przera¿eniem nie pozostawiaj¹cym miejsca dla nadziei. - Jestem z wami! - szepce ksi¹dz Siecheñ. Bo czy¿ nie pêta go niemoc ta sama, która wszystkim na ziemi ka¿e w tej chwili konaæ, lecz nie pozwala umrzeæ? Oto równoœæ, o której ludzie nie chc¹ wiedzieæ. Bogactwo staje siê podobne ³achmanom ¿ebraka, w³adza kruszy siê w pora¿onych d³oniach i jak próchno przesypuje przez palce. Ale gdy ranek przywróci ziemi jej kusz¹cy kszta³t, któ¿ z ¿ywych wyrzeknie siê dobrowolnie z³udnych przywilejów? Kiedy¿ wybije godzina sprawiedliwoœci dla krzywdzonych i poni¿anych? Tyle doko³a chciwoœci, okrucieñstw, tyle k³amstw i jadu nienawiœci i pogardy, i¿ zdaje siê, ¿e nic nie zdo³a zasklepiæ krwawi¹cych ran. Có¿ mo¿e zmieniæ siê? Tu choæby, na tym drobnym skrawku sedelnickiej ziemi. Dziedzic sedelnicki nie zrzeknie siê bez przymusu swoich rozleg³ych pól i lasów, jak drapie¿ne kleszcze opasuj¹cych doko³a nêdzne ch³opskie zagrody. Grzegorz Litowka nie porzuci strêczycielstwa. Zab³¹kanej w dalekim mieœcie Oldze Kukiszów ¿aden g³os nie podszepnie powrotu do rodziców. M³ody Burak, kiedy wyjdzie z wiêzienia, znowu zacznie kraœæ. Kierownik poczty nie z³agodzi serdeczniejszym s³owem cierpieñ umieraj¹cej ¿ony. Fiodor Dubrowski, nienasycony swoj¹ m³odoœci¹, z lekkim sercem porzuci po miesi¹cu ka¿d¹ dziewczynê. Ile¿ ich jeszcze przyjdzie p³acz¹cych na niego, jak przedtem przychodzi³y z ¿alami na Siemiona? A Siemion, któremu ju¿ tak niewiele chwil pozosta³o do ¿ycia... A Michaœ... Proboszcz zaciska d³onie. Gêste krople potu zwil¿aj¹ mu skronie. - Najlichszym z lichych jestem, Panie. Tamci nie znaj¹ Ciê, dlatego b³¹dz¹. Ale mnie ukaza³eœ siê, jak wicher wstrz¹sn¹³eœ mn¹... Da³eœ wszystko. A có¿ ja dajê? Jak¿e nêdzny jest plon minionych lat! Có¿ uczyni³ dla ludzi, których mu powierzono? Nigdy nie umia³ znaleŸæ drogi do cz³owieka. A za to jak czêsto i w jak wielu okolicznoœciach czu³ siê intruzem. Tak rzadko udawa³o mu siê prze³amaæ bolesny i upokarzaj¹cy mur, który odgradza³ go od ludzi wtedy w³aœnie, gdy chcia³ im siebie ofiarowaæ. A jeœli, zdarza³o siê, odnajdywa³ porozumienie, czy¿ by³o ono czymœ wiêcej ni¿ przelotnym b³yskiem ukazuj¹cym zaledwie w mglistym oddaleniu, jak ogromne musi byæ szczêœcie, gdy zbudzi siê zb³¹kan¹ duszê z letargu i oczyszczon¹ postawi przed Panem. Prze¿y³ kilka takich olœnieñ