suknie ślubne ścianki działowe stewia Ośrodek wypoczynkowy Kupczyńska w Srebrnej Górze

Strona główna

Ośrodek wypoczynkowy Kupczyńska w Srebrnej Górze

Ośrodek wypoczynkowy Kupczyńska w Srebrnej Górze Posiadamy noclegi 6 os.
Cena 140 os.

Obiekt:
basen odkryty, bary, łóżko oraz dostawka, koc, parawan, śniadania, od plazy 2km.

Ośrodek wypoczynkowy Kupczyńska - 136805675
Srebrnej Górze ul.Ordynacka

Tematyka:
hotele warszawa
hotele we wrocławiu
gospodarstwa agroturystyczne
pobierowo
domek letniskowy
Małe Leźno łeba mapa


Polecamy również:

Nie potrzebowa³ dalej mówiæ. Domyœli³a siê ca³ej historii. Jasne teraz by³o, sk¹d znalaz³y siê pieni¹dze na ten dom, sklep i ziemiê. Ale có¿? Nie by³o to ¿adn¹ niespodziank¹. Zdziwi³a siê tylko, ¿e j¹ niczym ta wiadomoœæ nie poruszy³a. W³aœciwie powinna by siê cieszyæ strachem i niepewnoœci¹ Litowki. Nie czu³a jednak niczego, co by choæ za u³amek radoœci mog³o uchodziæ. By³a znu¿ona, to wszystko. Znu¿ona zmêczeniem fizycznym, zwierzêcym, wyprutym z jakichkolwiek uczuæ, chêci, po¿¹dañ. Ostatnio coraz czêœciej wpada³a w taki nastrój. Nie chcia³a go. Ale nie chcia³a wówczas tylko, gdy by³ poza ni¹. W nim nie istnia³o tak lub nie. Czasem, gdy budzi³a siê w œrodku nocy przy boku przygodnego kochanka, ogarnia³o j¹ przera¿enie, tak nagle jasnym siê dla niej stawa³o, i¿ w chwili zdawa³oby siê wykluczaj¹cej samotnoœæ by³a w rzeczywistoœci nie do wyra¿enia samotna. Samotna samotnoœci¹ najokrutniejsz¹, któr¹ ka¿dy cz³owiek musi raz prze¿yæ, choæby to mia³o na niego spaœæ dopiero w godzinie œmierci. „Ale czy¿ istnieje w ¿yciu cz³owieka cokolwiek niezwyk³ego - myœla³a nieraz - co by jednoczeœnie nie zbli¿a³o ku œmierci? Przy pewnym natê¿eniu uczuæ, lub przy zamieraniu ich zbyt bezwzglêdnym, zawsze œmieræ zagl¹da nam w oczy”. Przemknê³o jej przez g³owê szybkie wspomnienie: przed bardzo wielu latami prze¿y³a to odkrycie po raz pierwszy. Nie zd¹¿y³a cofn¹æ siê. Zanim zda³a sobie sprawê z czasu i z miejsca tej chwili, ujrza³a mroczny korytarz, którym bieg³a na dŸwiêk dzwonka, drzwi otwierane, nag³e rozwidnienie siê, a na schodach w pe³nym œwietle padaj¹cym z okna na pó³piêtrze postaæ m³odego legionisty. Jednoczeœnie przypomnia³a sobie, ¿e w kilka tygodni póŸniej mówi³a patrz¹c w oczy Paw³a Siechenia: „Kiedy zobaczy³am ciê wtedy po raz pierwszy, sta³o siê ze mn¹ coœ, czego jeszcze nigdy nie prze¿y³am. Zanim spyta³eœ siê, czy tu mieszkaj¹ pañstwo Podhaliczowie, patrzy³eœ na mnie chwilê, pamiêtasz? To trwa³o bardzo krótko, ale mnie siê wyda³o nieskoñczenie d³ugo. Nie zd¹¿y³am nawet dobrze ci siê przyjrzeæ. Spostrzeg³am tylko, ¿e jesteœ bardzo blady i masz smutne oczy. Tylko tyle. Ale w ci¹gu tej sekundy, zanim us³ysza³am twój g³os, wyda³o mi siê, ¿e umieram. Nie, nie! - zaprzeczy³a szybko widz¹c pytanie w jego spojrzeniu. - To nie by³o bolesne uczucie. Radosne te¿ nie... - doda³a po chwili. - Tego w ogóle nie da siê nazwaæ”. I jeszcze raz tamtego dnia prze¿y³a owo uczucie zamierania, gdy zdaje siê, ¿e dawne ¿ycie uciek³o, a nowe nie zd¹¿y³o jeszcze nadejœæ. By³o to wieczorem, na chwilê przed zaœniêciem. Z krótkiej rozmowy wiele dowiedzia³a siê o nowym lokatorze swoich opiekunów. Przydzielono mu u nich kwaterê. By³ porucznikiem drugiej brygady. Niedawno, podczas walk w Karpatach, zosta³ ciê¿ko ranny, otrzyma³ postrza³ w lewe p³uco. W³aœnie wczoraj opuœci³ szpital, lecz do ca³kowitego wyzdrowienia by³o mu jeszcze daleko, nie wiedzia³ nawet, kiedy bêdzie móg³ wróciæ na front... Gdy le¿a³a w ciemnoœciach z zamkniêtymi oczami, s³ysza³a za œcian¹ kroki porucznika. Nagle ucich³y. I wtedy, ale jakby we œnie i dlatego silniej jeszcze, prze¿y³a uczucie podobne do tego, które j¹ przeniknê³o w po³udnie stoj¹c¹ w otwartych drzwiach. Maj¹c oczy pe³ne tych wspomnieñ, nie czu³a, ¿e od kilku minut Litowka na ni¹ patrzy. Z pocz¹tku, chc¹c sprawdziæ wra¿enie swoich s³ów, rzuci³ na Annê wzrok krótki i podejrzliwy. Ale gdy nie zauwa¿y³ w zarysie jej lekko pochylonej postaci ¿adnej gwa³towniejszej zmiany, uspokoi³ siê. „Uwierzy³a” - przemknê³o mu przez g³owê. Tym lepiej. Jeœli na staroœæ zaczyna³a podobnie g³upieæ, dlaczego nie mia³by dalej mówiæ? Korci³o go, aby podzieliæ siê z Ann¹ swymi obawami w zwi¹zku z osob¹ Nawrockiego. Co znaczy³ jego œmiech? A te pytania tak lekko, niewinnie na pozór, bez ¿adnej zdawa³oby siê ukrytej intencji rzucane? A to „musi pan milczeæ?” Nie, to niemo¿liwe - wyda³o siê Litowce - aby Nawrocki móg³ siê czegokolwiek domyœlaæ. Sk¹d? Jakim sposobem móg³by wpaœæ na trop tych starych, przebrzmia³ych historii? Udawa³, ¿e wie, o tak! to co innego, udawanie i wygrywanie na tym to sta³a policyjna metoda. Zapl¹taæ upatrzon¹ ofiarê w sieæ pytañ, domyœlników, niespodziewanych skojarzeñ, aby póŸniej w odpowiedniej chwili jednym rzutem zacisn¹æ pêtlê. „Ale to nie ze mn¹! - uœmiechn¹³ siê do nieobecnego wroga - ze mn¹ nie pójdzie tak ³atwo. Jeszcze nie zna mnie”. W tej samej jednak chwili zda³ sobie sprawê, ¿e jeœli jest ju¿ mowa o walce pomiêdzy nim a Nawrockim, to przecie¿ pierwsze w niej kroki przynios³y niew¹tpliwy triumf posterunkowemu. To on przez ca³y czas górowa³ spokojem, on umkn¹³ w porê z doœæ œliskiego dla siebie terenu, jemu uda³o siê z kolei uchwyciæ inicjatywê w swoje rêce i najzaczepniejsze wypady przemyciæ pod mask¹ niefrasobliwego i przyjaznego uœmiechu. Wspomniawszy swoje zachowanie, zw³aszcza chwilê, w której tak nieopatrznie pozwoli³ sobie wyskoczyæ ze skóry, Litowka znowu siê zaniepokoi³. Zrozumia³, ¿e dopóki jakimœ umiejêtnym posuniêciem nie zaskoczy z kolei Nawrockiego, dopóty ta pierwsza pora¿ka ze zjadliw¹ natarczywoœci¹ wciskaæ siê bêdzie w ka¿d¹ rozmowê z posterunkowym, w ka¿d¹ myœl o nim. Zawsze bêdzie ju¿ stron¹ skazan¹ na bronienie siê, wymykanie i kluczenie. A czy¿ nie tego chcia³ Nawrocki? Czy nie têdy wiedzie droga do ostatecznego zapl¹tania siê i uwik³ania? Bezsilny gniew chwyci³ Litowkê. Och, gdyby móg³ przychwyciæ tego szczeniaka, gagatka z ³adn¹ buzi¹ i delikatnymi ³apkami, wzi¹æ go w swoje obroty i rozprawiæ siê po swojemu, raz na zawsze. Ba! tylko jak siê do tego zabraæ? W du¿ym mieœcie wiedzia³by, co robiæ. Tam wystarczy³aby nocna godzina, pusta ulica. Ale tu, gdzie wszystkie zdarzenia wyp³ywaj¹ na wierzch jak wzdête trupy wyparte wirami z dna rzeki? Zamyœli³ siê. A mo¿e... taka noc jak dzisiaj, wiatr... mo¿e Anna? Uderzony niespodziewanym pomys³em, spojrza³ na ni¹. Siedzia³a przed lustrem ci¹gle odwrócona plecami, w taki jednak sposób przechyli³a g³owê, i¿ nie ruszaj¹c siê móg³ ze swego miejsca dojrzeæ profil. WyraŸnie rysowa³ siê na tle rozstawionego pod œcian¹ parawanu, tylko œwiat³o lampy padaj¹c z boku poszerza³o cokolwiek liniê policzka. Dziêki temu na pierwszy rzut oka twarz Anny wydawa³a siê obrzêkniêta. Litowce zamar³y s³owa, które mia³ na koñcu jêzyka. Uczu³ w sposób nieokreœlony, ¿e powinien natychmiast odwróciæ g³owê. Jednak nie móg³ oderwaæ oczu od siedz¹cej. Mia³ wra¿enie, ¿e ulega niezrozumia³emu nakazowi, równie ohydnemu i przera¿aj¹cemu, jak obraz, który go natarczywie poci¹ga³. Musia³ patrzyæ. Twarz Anny, nienaturalnie nabrzmia³a i blada, robi³a wra¿enie umar³ej. A przecie¿ ¿y³a. ¯y³a w bezsilnym opadniêciu dolnej wargi, w oku jakby oœlep³ym, w têpym skurczu miêœni, których napiêcie sparali¿owa³o Litowce oddech. Widzia³ w swoim ¿yciu wiele twarzy œciêtych nienawiœci¹, ale w ¿adn¹ z nich nienawiœæ nie wessa³a siê piêtnem tak szczególnym, jak w tê, któr¹ mia³ przed sob¹. Przed wielu laty na froncie zobaczy³ pewnego dnia ludzi zatrutych gazami. Noc¹ rozœwietlon¹ dalekimi b³yskami, wœród z³owrogiej ciszy zbierano ich z pola. Na ziemi szarej, jakby przysypanej popio³em, wt³oczone w leje i wyrwy le¿a³y nieruchome, dziwacznie pokurczone cia³a o twarzach - gdy je oœwietlono - straszliwie zmienionych, zsinia³ych, zastyg³ych w natê¿onym grymasie. Twarz Anny zdawa³a siê równie¿ ulec zatruciu. By³a w niej ta sama upiornoœæ, co w tamtych ludziach z okopów: zamazanie granic pomiêdzy nienawiœci¹, strachem i cierpieniem, wzajemne przenikniêcie tych wszystkich uczuæ, milcz¹cy osad, ch³ód. Ciszy w pokoju ¿aden szelest nie m¹ci³. To tylko doko³a, gór¹ i bokami, wiatr bi³ z niezmienn¹ zaciek³oœci¹, gwa³towne i czarne przyp³ywy napiera³y na œciany. Jak ma³y i w¹t³y wyda³ siê nagle Litowce dom! Jeszcze jedno silniejsze uderzenie i niby okrêt zerwany z kotwicy zawiruje kruch¹ ³upink¹ wœród sprzecznych pr¹dów, aby na oœlep zanurzyæ siê w burzliwy odmêt. Kto zatrzyma jego bieg? Wtem coœ miêkkiego otar³o mu siê o nogi. To Makarek. Kopn¹³ go podra¿niony Z rezygnacja pomyslalam, ze nie wybrne z tego. Zadawal pytania w sposob bezwzglednie wymagajacy odpowiedzi, mnie zas wychodzilo zupelnie co innego, niz sobie zyczylam. Poddalam sie. - Niech pan odda te szmate - powiedzialam, wyjmujac mu z reki apaszke Basienki. - zeby potem nie bylo, ze trzymaly pana jakies czynniki materialne. Gdybym chciala wytlumaczyc panu, o co mi chodzi, w sposob zrozumialy i w miare moznosci dyplomatycznie, musialabym gledzic godzine. A przysiegne, ze pan nie ma czasu! - A gdyby pani sprobowala niedyplomatycznie...? Niepojetym dla mnie sposobem ruszylismy dalej na te przechadzke razem. - Dziwie sie, ze chce pan wyjasnic te wszystkie brednie, ktore mi sie wyrwaly - powiedzialam z niesmakiem. - Nie wszystko panu jedno? - Nie. Jezeli ktos mowi do mnie zaskakujace brednie... Przepraszam, nie chcialem byc niegrzeczny, ale pani sama tak to okreslila... to musze poznac ich przyczyny i cel. Lubie zrozumiec zachodzace wokol mnie zjawiska. - Bardzo uciazliwe upodobanie. Ma pan za duzo czasu. - Przeciwnie, mam za malo czasu. - To co pan, w takim razie, robi na tym skwerku? - Usiluje wydrzec z pani wytlumaczenie rzadko spotykanej reakcji na odzyskanie zgubionego przedmiotu. Zdenerwowal mnie ten upor. - To nie byla reakcja na przedmiot, tylko reakcja na pana - powiedzialam z irytacja. - Co pan sobie wyobraza, ze ja sobie wyobrazam, ze pan nie wie, jak pan wyglada?!... Jak bylo do przewidzenia, zglupialam do reszty i wyglosilam wszystko to, od czego z najwieksza starannoscia usilowalam sie powstrzymac. Ciezkiej pretensji, nie wiadomo, do niego czy do losu, nie staralam sie nawet ukrywac. - No dobrze - zgodzil sie. - Zalozmy, ze ma pani racje, chociaz moim zdaniem bardzo pani przesadza. Ale nie rozumiem, w czym pani przeszkadza moj wyglad. - W czepianiu sie pana - wyjasnilam. - Nie moge sie czepiac czlowieka, ktoremu nosem wychodza czepiajace sie go kobiety. Dla mnie jest pan nieopisanie atrakcyjny w zupelnie innym sensie. Od tego innego sensu skolowacialam calkowicie, bo uswiadomilam sobie, ze nie moge mu zdradzic ani swoich spostrzezen, ani przyczyn, dla ktorych taki facet jak on jest dla mnie bezcenny. Moja namietnosc do sensacji, zagadek i tajemnic musiala pozostac nieuzasadniona, bo jakze mialam mu powiedziec, ze ja to wszystko pisze, ja nic nie pisze, ja jestem Basienka, uzeram sie z mezem i robie wzory na tkaniny! Nieslychanie trudno bylo go zbic z tematu, na domiar zlego podobal mi sie coraz bardziej, odnosilam wrazenie, ze ja mu sie podobam coraz mniej, sobie podobalam sie rowniez coraz mniej i ogolnie biorac zapadlam sie w jakies grzezawisko umyslowe, z ktorego wydobyc mnie juz nie mogla zadna ludzka sila. - Z tego, co pani mowi, wynika, ze lubi pani tajemnicze wydarzenia - powiedzial tonem, w ktorym dawal sie wyczuc jakby odcien nagany. Zdziwilo mnie to, a jeszcze bardziej mnie zdziwilo, ze z tego, co mowie, w ogole dla niego cos wynika. - Lubie - przyswiadczylam. - A pan nie? - Nie. Nie widze w nich nic przyjemnego. Zazwyczaj bywaja bardzo meczace. - Mozliwe, ale meczyc sie tez lubie. To sie nawet szczesliwie sklada, bo przez cale zycie spotykaja mnie rozmaite sensacyjne idiotyzmy, nieznosne dla normalnych ludzi. Jest to tak nagminne, ze zbyt dlugi spokoj zawsze mi sie wydaje podejrzany. - I jeszcze pani malo? Jeszcze ma pani nadzieje na wiecej? - Oczywiscie! Rozrywek nigdy za wiele, a spokojne zycie odbiera mi inwencje i dobry humor. - Wyglada pani na osobe, ktorej nigdy nie brakuje inwencji i dobrego humoru... - Skad pan wie, jak wygladam, skoro widuje mnie pan tutaj po ciemku? - A skad pani wie, jak ja wygladam? Poza tym wystarczy zamienic z pania kilka slow, zeby rozpoznac pewne pani cechy nawet w egipskich ciemnosciach. Rzadko sie spotyka osoby tak pelne zycia jak pani. - Mowi pan to w taki sposob, jakby uwazal pan to za gigantyczna wade - zauwazylam krytycznie. - Aktywnosc charakteru zawsze wydawala mi sie zaleta. - Mnie rowniez. Mozliwe, ze dostrzegla pani w moim tonie pewna dezaprobate, bo mowiac to, myslalem rownoczesnie o sposobach wydatkowania takiej energii i aktywnosci. Sposobach, ktore prowadza niekiedy do dosc ponurych rezultatow... Mialam wrazenie, ze w kotlujacy sie we mnie chaos wdarlo sie nagle jakies ostrzegawcze swiatlo.