stewia ścianki działowe suknie ślubne Willa Waligóra w Cigacicach

Strona główna

Willa Waligóra w Cigacicach

Willa Waligóra w Cigacicach Oferta noclegi 4 osobowy.
Cena 170 os.

Obiekt:
centrum turystyczne, centrum spa, łózko z dostawka, aneks kuchenny, łazienka, śniadania, od plaży 600m.

Willa Waligóra - 762099856
Cigacicach ul.Ogrodowa

Tematyka:


Polecamy również:

Podobnie ustosunkowa³y siê do sedelnickiego proboszcza okoliczne dwory. Zbyt powa¿nie mówi³ o komunizmie, aby nie zostaæ pos¹dzonym o wystêpne i skryte, a tak ze stanem duchownym nie licuj¹ce sympatie. Umacnia³ jeszcze ten s¹d swoimi wypowiedziami zarówno w kwestiach narodowoœciowych, jak i w sprawie reformy rolnej. Ros³a wiêc przepaœæ pomiêdzy nim a miejscowym ziemiañstwem. Dwory nie mog³y mu darowaæ, i¿ znajdowa³ ostre i bezwzglêdne s³owa, gdy przychodzi³o do rozmów o roli ziemiañstwa na kresach w dawnej Polsce niepodleg³ej i póŸniej podczas zaborów. Przypominaj¹c b³êdy przodków, dotkn¹³ ich potomków w najczulsze struny pró¿noœci. A jego wiara, ta równie¿ przemawia³a przeciw niemu. Uwa¿ano, ¿e zbyt wiele ¿¹da, aby ¿¹daæ szczerze. Zarzucano mu ciasny fanatyzm, ob³udê i nieznajomoœæ natury cz³owieka. Dla tych ludzi wyros³ych w tradycyjnym przeœwiadczeniu, i¿ s³u¿¹ obronie polskoœci i katolicyzmu, Polska koñczy³a siê z granicami posiad³oœci, a wiara zaczyna³a poza nimi. Wed³ug niepisanej umowy do s³ug Koœcio³a nale¿a³o utrzymywaæ ten uk³ad, strzec go niby harmonii wy¿szego porz¹dku, zapewniaj¹cej stowarzyszonym pokój ziemski i nagrodê niebiesk¹. Ksi¹dz Siecheñ m¹ci³ równowagê wypracowan¹ przez wieki. Jego Koœció³ rozsadza³ misterne spoid³a i wi¹zad³a, ³¹cz¹ce dwór z plebani¹. Wyrasta³ na drodze ogromnym cieniem, k³ad¹c ten posêpny znak niby s³owo ostrze¿enia. Odwrócono siê wiêc od niego. Jedna z rodzin, najznaczniejsza w powiecie, poczê³a nawet czyniæ starania w kurii biskupiej, aby niewygodnego proboszcza przeniesiono z Sedelnik. Zbyt jednak ¿yw¹ zachowano tam pamiêæ o mi³oœci, jak¹ zmar³y niedawno biskup obdarza³ ksiêdza Siechenia, podówczas swego kapelana, aby dano pos³uch doradczym podszeptom. Nowy biskup, cz³owiek du¿ej wiedzy i równej skromnoœci, nie chcia³ nawet dyskutowaæ tej sprawy. Uwa¿a³, ¿e w przeciwnym wypadku zniewa¿y³by pamiêæ swego poprzednika, którego œmieræ tak niezwyk³a i œwiêta otoczy³a ju¿ legend¹. I gdy jeden z proboszczów odwa¿y³ siê wypowiedzieæ w obecnoœci biskupa kilka krytycznych uwag o ksiêdzu Siecheniu, spotka³ siê z tak ostrym upomnieniem, i¿ zrozumiano, ¿e ani teraz, ani w najbli¿szej przysz³oœci nie podobna liczyæ na pomyœlne przeprowadzenie zamierzonego planu. Stanowisko proboszcza sedelnickiego sta³o siê w ten sposób silniejsze ni¿ kiedykolwiek. Lecz on sam nie czu³ ¿adnego triumfu. Nie takich pragn¹³ zwyciêstw. Gdy z listu jednego z kolegów seminaryjnych dowiedzia³ siê o owych nieudanych intrygach w kurii, zrozumia³, ¿e wszystkie jego zamiary stworzenia wspólnej akcji przepad³y ostatecznie. Nie potrzebowa³ ju¿ obawiaæ siê wyraŸnego bojkotu. Ale nienaganna poprawnoœæ, z jak¹ zacz¹³ siê teraz spotykaæ, nios³a mu wiêksze jeszcze osamotnienie ni¿ wpierw jawna w pewnym okresie niechêæ. Jak¹¿ ulg¹ w podobnym opuszczeniu by³oby ufaæ, ¿e ten z³y czas dŸwiga w sobie ciê¿ar próby rzuconej przez Boga! Ale czy¿ nie by³oby pych¹ doszukiwaæ siê w nêdzy i cierpieniu znaku wybrania? Jak¿e wierzyæ, ¿e Bóg ka¿e licznym b³¹dziæ, aby mnie od b³êdu ocaliæ? ¯e na oczy wielu rzuca cieñ, aby moim daæ czujnoœæ? A sercom odbiera oddech, ¿eby moje nape³niæ rytmem? Po raz pierwszy zw¹tpi³ wówczas ksi¹dz Siecheñ o s³usznoœci obranej drogi. Czy nie omyli³ siê przyjmuj¹c œwiêcenia? Czy nie wzi¹³ ciê¿aru ponad swoje si³y? Zaczê³a w tych dniach kie³kowaæ w nim nowa myœl: klasztor. Mo¿e ta cisza i spokój pomiêdzy murami odgradzaj¹cymi od œwiata mia³y byæ jego przeznaczeniem? Nie praca wœród ludzi, lecz ucieczka od nich? Nie znajdowa³ jednak w sobie decyzji, która pozwoli³aby mu zrezygnowaæ ze wzruszeñ, jakie prze¿ywa³, gdy wyszed³szy w jesienny wieczór przed dom s³ysza³ wœród mg³y kryj¹cej ³¹ki krzyk dzikich kaczek lub kiedy w letnie po³udnie powietrze lekko dr¿a³o od brzêku kos. Ziemiê pod stopami, niebo nad g³ow¹ - oto co musia³by porzuciæ. Wyrzec siê podmuchu przedwiosennego, czasu, gdy powietrze wch³aniaj¹c s³odycz zakwitania jest tak lekkie i powiewne, jakby ca³e z zielonej przêdzy by³o utkane, odejœæ od nocy, z których jedne rzucaj¹ trwogê, lecz inne mog¹ ³askawie otworzyæ swoj¹ g³êbiê œl¹c dreszcz uspokojenia, nie, jak¿e odrzuciæ dobrowolnie to wszystko! Przecie¿ jednego dnia drêczony w¹tpliwoœciami szczególnie boleœnie, czuj¹c, ¿e na d³u¿sz¹ walkê nie starczy mu si³, zdecydowa³ siê ksi¹dz Siecheñ z³o¿yæ proœbê o zwolnienie z dotychczasowych obowi¹zków. W ostatniej dopiero chwili, ju¿ w drodze do pa³acu biskupiego, porzuci³ ten zamiar. Przyjecha³ do miasta wczesnym rankiem, po nieprzespanej nocy. Ledwie ujrza³, jeszcze z okien wagonu, bia³¹ wie¿ê klasztoru jezuickiego, ile¿ wspomnieñ wskrzesi³o w jego pamiêci miasto, w którym wkrótce po opuszczeniu seminarium spêdzi³ ca³y rok przy boku biskupa £u¿añskiego. By³ to czas, którego ka¿d¹ godzinê, b³ogos³awi³ wielki starzec. Jak nigdy przedtem i potem zrozumia³ wówczas ksi¹dz Siecheñ si³ê przymierza cz³owieka z Bogiem, przymierza, w którym wszystko, cokolwiek istnieje na œwiecie, mia³o swoje w³aœciwe miejsce, tworz¹c ow¹ wspania³¹ i wieczn¹ budowê, która, jak koœció³ gotycki ¿arliw¹ wiarê, ucieleœnia³a s³owa Aposto³a o m¹drym architekcie. Na rann¹ mszê zaszed³ proboszcz do katedry Weszlam do pokoju numer 315. Za biurkiem siedzial niemlody juz mezczyzna w cywilnym ubraniu. „Dlaczego on jest po cywilnemu? - myslalam. - Czy to dobrze, czy zle, ze on jest po cywilnemu...” Serce walilo mi jak oszalale, w gardle mialam sucho. Mezczyzna zza biurka patrzyl na mnie przenikliwie. - Dzien dobry... - odpowiedzial na moje powitanie. - Pani dzis rano otrzymala wezwanie, prawda? Prosze bardzo, moze pani usiadzie... Usiadlam sztywno na krzesle. Wyjal z szuflady jakies papiery, przejrzal je pobieznie. - Moze pani zechce podac mi swoje dane osobiste... Powiedzialam. W zdenerwowaniu podalam mu biezacy rok jako rok swojego urodzenia. - Pani jest bardzo przestraszona... niepotrzebnie! Chodzi mi tylko o kilka informacji... Nie moglam sie opanowac i czulam sama, jak dygoca mi usta. - Prosze sie uspokoic, doprawdy... w ten sposob nie bedzie pani mogla zebrac mysli. Bardzo zalezy mi na tym zeby odpowiadala mi pani rzeczowo i spokojnie. - Chwileczke, dobrze? - poprosilam. Kilka razy odetchnelam gleboko.- Jeszcze sekunde... ja sie zaraz pozbieram...- Prosze bardzo... moze ja zaczne mowic, a pytania i odpowiedzi zostawimy na pozniej? Przez ten czas pani sie bedzie zbierac! - - usmiechnal sie. - - Otoz, sprawa wyglada nastepujaco... - urwal i znowu popatrzyl na mnie badawczo. - Pani sie mnie boi, tak? Obawia sie pani, ze ja tu zatrzymamy, zalozymy kajdanki, wytoczymy sprawe? A ja juz mowilem, ze chodzi mi tylko o pare szczegolow. Zreszta... moze pani poczuje sie lepiej, jezeli i ja podam swoje personalia. Nazywam sie Ligota, pani zna mojego syna, prawda? Ja z kolei znam Marcina. Jestem jego kuratorem i zostalem nim na wlasna prosbe... Czy to wszystko chociaz w pewnym stopniu uspokaja pania? - W pewnym stopniu... - przyznalam silac sie na usmiech. - Nie mam najmniejszego obowiazku mowic pani o tych rzeczach, ale za wszelka cene chce, aby doszla pani do jakiej takiej rownowagi! - Dziekuje panu... - Czy pani wie o tym, ze wczoraj po poludniu Marcin wyszedl z domu i do tej pory nie powrocil? Po tych wszystkich informacjach, ktorych mi udzielil cichym, spokojnym tonem, to pytanie rzucil nieoczekiwanie ostro. W pierwszej chwili jego sens nie dotarl do mnie. - Slucham? Powtorzyl. Zrozumialam.- Nic nie wiem... - odparlam dretwo.- Wczoraj po poludniu wyszedl z domu nie zostawiajac zadnej wiadomosci. W tej chwili szukamy go i kazda informacja, ktora moglaby nam w tym pomoc, jest dla nas niezwykle istotna. Czy pani ma cos do powiedzenia? - Nie. - Nie? Wiec pytam dalej. Kiedy widziala pani Marcina po raz ostatni? - To bylo przed swietami... odprowadzil mnie na dworzec, kiedy wyjezdzalam do swojej babki. - Czy mam to traktowac jako pani przemyslana odpowiedz? - Oczywiscie! - Czy jest cos, co pani chce ukryc, ze rozpoczyna pani rozmowe ze mna od klamstwa? Kazde klamstwo nie tylko pogarsza sprawe Marcina, ale rowniez i pania stawia w kregu pewnych podejrzen... - Nie rozumiem pana... widzialam go ostatni raz na dworcu! - Widziala go pani po raz ostatni na boisku szkolnym- sprostowal. - Tak, slusznie! - przyznalam. - Ja zle rozumialam to pytanie! Ostatni raz rozmawialam z nim na dworcu, a ostatni raz widzialam go na boisku! - Teraz pani widzi, dlaczego zalezy mi na rzeczowych odpowiedziach. Kazda nie przemyslana moze jedynie wprowadzic mnie w blad. Czy pani ma jakies osobiste przypuszczenia, czy pani domysla sie, gdzie obecnie przebywac moze Marcin? - Nie. Nie mam pojecia... - Prosze przedstawic mi w ogolnym zarysie przebieg waszej znajomosci! Przedstawilam. Sluchal wszystkiego nie spuszczajac ze mnie wzroku. - Tak... wiec pani dowiedziala sie prawdy od swojego przyjaciela i wtedy... co pani wtedy zrobila?